Noc, kiedy płonęła Hansa


Część IV. Był wieczór 30 października 1924 roku.

Około dziewiątej wieczorem w południowo-wschodniej części Gdańska pojawił się ogień. Płonął tartak Hansa przy Rote Brücke. Dla ludzi mieszkających w tej części miasta nie był to zwykły pożar. Tartak był miejscem, które od lat należało do krajobrazu Rote Brücke. Wokół znajdowały się zabudowania, składy i miejsca pracy. Było drewno – dużo drewna. A tego wieczoru wszystko to znalazło się w bezpośrednim sąsiedztwie płomieni. Kiedy strażacy przybyli na miejsce, ogień rozprzestrzeniał się już bardzo szybko. Sam tartak był w znacznej części drewnianym kompleksem, a wokół znajdowały się duże zapasy drewna. W takich warunkach nie było wiele czasu na decyzję. Wkrótce stało się jasne, że uratowanie samego zakładu nie będzie możliwe. Strażacy musieli więc skupić się na czymś innym – na tym, aby ogień nie przeszedł dalej. Wokół płonącego tartaku znajdowały się stosy drewna. W pobliżu stały inne zabudowania. Każdy podmuch wiatru mógł zmienić sytuację. Szczególnie zagrożony był znajdujący się niedaleko budynek biurowo-mieszkalny. A około piętnastu metrów od miejsca pożaru znajdowała się stajnia. To właśnie ją również udało się uratować. Dzisiaj ta odległość – piętnaście metrów – jest dla nas tylko liczbą. Wtedy mogła oznaczać różnicę pomiędzy ocaleniem a kolejnym pożarem. Ten drobny szczegół z relacji prasowej przez długi czas niewiele nam mówił. Stajnia oddalona o około piętnaście metrów. Nie znaliśmy jej właściciela. Nie wiedzieliśmy dokładnie, do której posesji należała. Dopiero kiedy zestawiliśmy relację o pożarze z księgami adresowymi, pojawiło się nazwisko Paul Raecke. I nagle piętnaście metrów przestało być anonimową odległością. Stajnia znajdowała się w przestrzeni należącej do sąsiedniego przedsiębiorstwa. To był moment, w którym stary zapis prasowy zaczął łączyć się z tym, co poznaliśmy już wcześniej. Hansa nie stała samotnie. Wokół niej byli inni ludzie, inne przedsiębiorstwa i inne zabudowania. Pożar pozwolił nam zobaczyć ich wszystkich naraz.





Hansa znika. Straty były ogromne. Poza tym, co udało się ocalić, ogień zniszczył znaczną część wyposażenia zakładu oraz duże zapasy drewna. Spłonęły między innymi trzy piły tarczowe, cztery piły ramowe i dwie piły wahadłowe, a także strugarki i maszyny służące do produkcji wręgów. Dla nas są to dzisiaj tylko nazwy urządzeń. Dla ludzi pracujących w Hansie były to jednak narzędzia ich codziennego życia. Każda z tych maszyn oznaczała pracę, produkcję i możliwość utrzymania przedsiębiorstwa. W ciągu jednej nocy ogień zabrał więc znacznie więcej niż drewniane budynki. Zniszczył miejsce pracy ludzi, którzy przez lata byli częścią tego miejsca. Po zakończeniu akcji gaśniczej pozostało jeszcze jedno pytanie: co było przyczyną pożaru? I tutaj nasze źródła każą nam zachować ostrożność. Początkowo przyczyny nie udało się ustalić. W relacji prasowej pojawiła się nawet sugestia podpalenia, związana z istniejącym wówczas sporem pracowniczym. Ale gazeta nie przedstawiała tego jako faktu. Sam konflikt między pracownikami a pracodawcą nie był przecież dowodem, że którykolwiek z robotników miał coś wspólnego z pożarem. Dlatego po stu latach możemy powiedzieć tylko tyle: przyczyna pożaru pozostała niewyjaśniona. I właśnie tego powinniśmy się trzymać. Historia jest również sztuką powiedzenia: tego jeszcze nie wiemy.



Pożar przyciągnął wielu mieszkańców. Ludzie gromadzili się w pobliżu miejsca katastrofy. Ogień był widoczny, akcja straży pożarnej przyciągała uwagę, a tłum stał się na tyle duży, że do zabezpieczenia terenu wezwano gdańską policję Schupo. I właśnie ten szczegół pozwala nam spojrzeć na wydarzenie jeszcze inaczej. Nie mamy już tylko płonącego tartaku. Mamy wieczór w Rote Brücke. Mieszkańców stojących w pobliżu. Strażaków walczących z ogniem. Stosy drewna. Sąsiednie zabudowania. Stajnię oddaloną o piętnaście metrów. I ludzi, którzy przyszli zobaczyć, co dzieje się z zakładem tak dobrze znanym w tej części miasta. Nagle miejsce, które wcześniej poznawaliśmy z map i ksiąg adresowych, staje się niemal widoczne. Jedna noc, która połączyła źródła. I chyba właśnie dlatego pożar Hansy jest dla naszej historii tak ważny. Mapa pokazuje nam przestrzeń. Księga adresowa pokazuje ludzi i adresy. Gazeta pokazuje wydarzenie. Każde z tych źródeł osobno mówi niewiele. Dopiero kiedy połączymy je ze sobą, zaczynamy widzieć całość. Wiemy, gdzie znajdowała się Hansa. Wiemy, że obok działał Raecke. Wiemy, że znajdowała się tam stajnia. Wiemy, że wokół były zapasy drewna i inne zabudowania. Wiemy, że pożar zgromadził mieszkańców. I wiemy, że tej nocy strażacy musieli walczyć nie tylko z ogniem, ale przede wszystkim o to, aby nie dopuścić do zniszczenia całego sąsiedztwa. To jest chyba najcenniejsze odkrycie, jakie daje nam ten pożar. Pożar jako obraz dawnej Rote Brücke. Przez chwilę możemy więc spojrzeć na Rote Brücke inaczej niż dotychczas. Nie przez pryzmat pojedynczego przedsiębiorstwa. Nie przez numer posesji. Nie przez nazwisko zapisane w księdze. Lecz przez wydarzenie, które na kilka godzin połączyło wszystkie te elementy. Hansa była częścią większej przestrzeni. Jej sąsiedzi również byli częścią tej przestrzeni. Między nimi znajdowały się domy, budynki gospodarcze, stajnie, składy i miejsca pracy. To nie był pusty teren na obrzeżach miasta. Było to miejsce, w którym ludzie mieszkali, pracowali i prowadzili swoje interesy – bardzo blisko siebie. A kiedy jednej nocy pojawił się ogień, okazało się, jak blisko siebie naprawdę byli. Pożar zniszczył część Hansy. Ale paradoksalnie dla nas, po stu latach, stał się jednym z najdokładniejszych obrazów dawnej Rote Brücke. Bo dzięki niemu możemy zobaczyć nie tylko to, co płonęło. Możemy zobaczyć również wszystko, co znajdowało się wokół.